Wydrukuj tę stronę

Biznes na chwałę Boga

Gdyby Januszowi ktoś kiedyś powiedział, że będzie właścicielem firmy, której obroty wyniosą prawie 17 milionów złotych rocznie, uznałby to za żart. Nic nie wskazywało na to, że los się szeroko do niego uśmiechnie. A jednak...

 

Janusz po ukończeniu Politechniki zaczął pracować w przemyśle państwowym jako kierownik na produkcji. To był czas „Solidarności”, walki o prawdę i prawa człowieka do godnego życia. Te ideały były bliskie też i jemu, dlatego nie odmówił, gdy pracownicy poprosili go, aby bronił ich interesów przed dyrektorem. Nie ukrywał, że jest wierzący, choć zdawał sobie sprawę, że mogą z tego powodu spotkać go przykre konsekwencje. I szybko się o tym przekonał. Pewnego dnia dyrektor poprosił go do pokoju i krótko poinformował: – Od dziś tu nie pracujesz. Znali się od dawna, więc Janusz mógł powiedzieć: – Panie Romanie, niech się pan nie wygłupia. Co ja zrobię? Dwójka dzieci, żona bez pracy. Nie próbował jednak nakłonić dyrektora do zmiany decyzji. Pamięta, że wyszedł przed zakład, stanął na chodniku i zaczął się w duchu modlić: – Jezu, ja do Ciebie się przed ludźmi przyznałem, a Ty powiedziałeś, że kto się do Ciebie przyzna, tego Ty się nie zaprzesz. 7 lat czekał na wypełnienie się tej Bożej obietnicy...
Podjął pracę w nowej branży – przy zakładaniu boazerii. A wtedy Pan Bóg przyprowadził do niego pewnego człowieka, krawca z pomysłem na biznes. – Janusz, ja farbuję dzianiny u ludzi, którzy prowadzą farbiarnię, a są stolarzami i nie robią tego dobrze. A ty skończyłeś włókiennictwo i co? Zajmujesz się boazerią? Powinieneś założyć farbiarnię. – Facet wystawia mnie na próbę albo nie wie, co to znaczy w czasach komunistycznych założyć farbiarnię – Janusz z respektem odniósł się do pomysłu znajomego. Skąd wziąć maszyny? A jeśli nawet złom kupi, to będzie to kosztowało majątek. Jednak powoli zaczął się zastanawiać, obliczać, i po jakimś czasie powstał zakład, który dziś przynosi ogromne zyski.

JESTEM TYLKO DZIERŻAWCĄ

– Zrozumiałem, że cokolwiek mam – dobro duchowe czy materialne – nie jest ono moje. Jest Ktoś, kto jest właścicielem tego, co mi zostało dane w dzierżawę. Za to, w jaki sposób tym zarządzam, będę kiedyś przed Nim odpowiadał, przed właścicielem tych dóbr – przed Bogiem. Tak twierdzi szef firmy zatrudniającej ponad 100 osób. Jest biznesmenem – planuje, przelicza, prowadzi negocjacje, bada rynek, ale w tym wszystkim nie myśli kategoriami: „robię to dla większego zysku”, ale... „dla większej chwały Bożej”. Twierdzi, że gdyby nie ignacjańska formacja duchowa, pewnie szybko zmieniłaby się jego hierarchia wartości i pieniądz zająłby pierwsze miejsce. 
Janusz dopiero po czterdziestce zaczął tak naprawdę żyć wiarą. Miał już wtedy dobrze zapowiadający się biznes, ale ciągle brakowało mu duchowej świadomości spraw w życiu najważniejszych. Pytania: po co żyję? kim jestem? co mam zrobić z tym, co mam? – coraz bardziej domagały się konkretnej odpowiedzi. To wtedy wraz z żoną pojechał na rekolekcje dla małżeństw „Kana”. Wtedy też zaczęło się jego powolne, prawdziwe chodzenie za Panem. Potem były spotkania dla chrześcijańskich biznesmenów, w Polsce i zagranicą. Do dziś wspomina je z entuzjazmem: – 6 tysięcy ludzi w starym zamczysku, Niemiec koło Rosjanina, Australijczyk koło Chińczyka, Chińczyk koło Murzyna. Jak każdy zaczął na głos w swoim języku mówić „Ojcze nasz”, to na myśl o tym jeszcze dziś dostaję gęsiej skórki, bo to było jak śpiew w językach. 

TO MA SIĘ PODOBAĆ BOGU

Janusz poznał przedsiębiorców, którzy prowadzą firmy zgodnie z zasadami Ewangelią. Postanowił, że swoją firmę też będzie prowadził w taki sposób. Pierwsze, co trzeba było zrobić, to spłacić dług. Duża kwota. Z roku na rok zwlekał z jej spłatą, choć kolega dopominał się pieniędzy. – Przyszedł moment, że powiedziałem: „Konrad, słuchaj, ile mi dałeś to wiesz, ale napisz na kartce, żebyśmy mieli to na papierze, ile ja jestem ci winien dziś do oddania, łącznie z procentami”. A później modliłem się i pracowałem ciężko, żeby te pieniądze zdobyć. Ale im bardziej chciałem, tym było trudniej. Miałem świadomość, że przez kilka lat zwodziłem tego człowieka. W końcu oddałem dług i kamień spadł mi z serca. Wtedy Pan Bóg tak mi pobłogosławił, że wszelkie trudności z pracą, z robieniem zysku i wypracowaniem większego dochodu znikły.

Od tamtej pory Janusz ma z Panem Bogiem bardzo dobry układ. Zajmuje się Jego sprawami, żyjąc uczciwie, wypełniając Boże przykazania nawet w biznesie – a Pan błogosławi mu w interesach. Spokojnie zasypia, bo z czystym sumieniem, a interes się kręci. Kolega powiedział mu kiedyś: – Janusz, jak to? Ja mało że w dzień robię, to jeszcze w nocy nie mogę spać, bo myślę o sprawach firmy. A więc robię więcej od ciebie, a nie mam tyle co ty. A Janusz ma naprawdę wiele, chociaż gdy pyta się go o bogactwo, podkreśla, że najistotniejsze dla niego jest to duchowe – chodzenie za Bogiem, wsłuchiwanie się w Jego głos, wypełnianie Jego woli. Niektórzy pracownicy w firmie są zdziwieni, gdy szef podczas spotkania wigilijnego zaprasza wszystkich do restauracji, dzieli się opłatkiem i daje w prezencie książki „Jezus żyje” czy „Z grzechu do wolności”. Firma ma też swojego kapelana. W Stanach Zjednoczonych jest to coraz bardziej powszechne, w Polsce raczej budzi zdziwienie. Raz w miesiącu odprawiana jest Msza za pracowników. Pomysł się przyjął, choć na początku budził opory. Ludzie mówili, że wiara to ich prywatna sprawa i nie potrzebują Mszy w miejscu pracy. Nie wszyscy przychodzą, ale za wszystkich płynie do Boga modlitwa i to nie tylko raz w miesiącu, ale codziennie, bo Janusz za każdego, kogo zatrudnia, zamawia u werbistów Mszę wieczystą. Potrzeba w tym odwagi. Przychodzi do firmy ktoś nowy – taki przysłowiowy Kowalski i zaczyna pracę. Szef go prosi do siebie i daje mu obrazek z informacją, że gdzieś tam będą się za Kowalskiego modlić do końca życia. I co na to Kowalski? Jeden powie: – Bóg zapłać, drugi dziękuję, a trzeci spojrzy ze zdziwieniem i nic nie powie. Są tacy, którzy dopiero po długim czasie doceniają taki prezent od szefa. 

PO CO TO WSZYSTKO?

Janusz mówi, że gdy się nawrócił, zadał sobie ważne pytanie: czy ja mam firmę – czy ludzi, których Pan Bóg mi dał? Uświadomił sobie, że skoro ich zatrudnia, to jest za nich przed Bogiem odpowiedzialny. I tu nie tylko chodzi o ich sferę materialną, ale również duchową, choć ta pierwsza też odgrywa niebagatelną rolę. – Postanowiłem sobie – mówi – że jak mój pracownik spotka na ulicy kolegę, który pracuje gdzieś indziej, i będą rozmawiać o zarobkach, to ten z mojej firmy będzie mógł poczuć satysfakcję z tego, że zarabia więcej. I rzeczywiście tak jest. U Janusza w firmie pensje są wysokie. Ludzie chętnie u niego pracują, nawet ci, których ciągle dziwi comiesięczna Msza, rozłożone na stoliku w korytarzu ewangelizacyjne książki czy zaproszenia do udziału w pielgrzymce.

„Aby nikt nie zginął” to motto, którym Janusz się kieruje. Ma w sercu pragnienie materialnej i duchowej troski o ludzi. Wiele dostał od Pana Boga, być może dlatego, że On wiedział, iż Janusz zrobi z tego dobry użytek. Nad drzwiami jego domu wisi tabliczka z napisem: „Ja sam i mój dom służyć chcemy Panu”. Codziennie na nią spogląda, gdy wychodzi rano do firmy.

 


Image© Szum z Nieba nr 87/2008

 

Image Jako lekturę uzupełniającą polecamy książkę "Jak żyć według Ducha".  Więcej - kliknij tutaj.

 

Ostatnio zmieniany piątek, 27 wrzesień 2019 13:53
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Artykuły powiązane