Wydrukuj tę stronę

Mąż się nie zmienił - świadectwo Joanny

Piękna, inteligentna kobieta. Doktor medycyny. Aktywna zawodowo. Szczęśliwa matka dwóch synów. Jako żona od piętnastu lat walczy o małżeństwo. Nie poddaje się, bo Bóg daje jej siłę i miłość do męża. Joanna wychowała się w rodzinie laickiej. Oboje rodzice byli zapracowani, chcieli córkom zapewnić wykształcenie i dobrą przyszłość. Bardzo je kochali, ale nie mieli czasu na rozmowę i bycie razem. Zadbali o to, by córki przyjęły sakramenty, ale do relacji z Bogiem nie zachęcali. Choć też i nie przeszkadzali. A Joanna pragnęła bliskich relacji i rozmowy. To pragnienie zostało częściowo zaspokojone w oazie, do której trafiła.

 

 

Tam doświadczyła życia wspólnotowego. Jednak w okresie studiów wszystko się zmieniło, już nie wyobrażała sobie dalszego „tkwienia” w oazie.

– Nowe środowisko zaczęło pociągać mnie coraz bardziej. Okazało się, że moja wiara z okresu młodzieńczego była dość płytka, bez doświadczenia głębi spotkania z Bogiem. Łatwo było ją porzucić – przyznaje.

I choć zachowanie jej rówieśników nie raz budziło w niej sprzeciw – nic z tym nie robiła. W konsekwencji – czas dokonywania najważniejszych życiowych wyborów, w tym wyboru męża, przebiegał z daleka od Boga.

 

– Kierowałam się głównie lękiem przed samotnością i chęcią posiadania dzieci – wyznaje Joanna. – Zaczęłam spotykać się z chłopakiem, który bardzo mnie adorował, otwierał się na mnie, a nawet z mojego powodu zaczął chodzić do kościoła. Czułam się tym bardzo dowartościowana. Myślałam, że to wystarczy.

To on ją sobie wybrał, a ona nie protestowała. Gdy zaszłą w ciążę, jej chłopak poprosił ją o rękę. Znowu nie protestowała. Nie był to jednak wybór świadomy, ani przemyślany.

 

– Nie zastanowił mnie niepokój, który czułam w sercu. Nie dociekałam, dlaczego przestałam udzielać się towarzysko, dlaczego z mojego domu zniknęli ludzie. Całą uwagę skoncentrowałam na moim partnerze. Ten związek wzbudzał protest moich rodziców, którzy widzieli, co się ze mną dzieje, ale nie wzięłam tego pod uwagę. Podobnie jak wyznań mojego narzeczonego, który mimo oświadczyn, często mówił, że nie widzi siebie w małżeństwie.

 

W tym czasie Joanna została zaproszona na ślub koleżanki, podczas którego usłyszała poruszające słowa śp. o. Józefa Kozłowskiego SJ. Dotarło do niej wtedy, że decyzję o wyborze męża podjęła nierozważnie i pochopnie.

– W sercu miałam przejmujący smutek – wspomina Joanna. – Ale nie bardzo wiedziałam, co z tym zrobić. Ostatecznie wyszłam za mąż, choć towarzyszył temu niepokój sumienia. Rodzice nie wiedzieli, że jestem w ciąży. Pobłogosławili nasz związek, choć ich dystans wobec mojego męża pozostał.

 

Po ślubie zamiast szczęścia, doświadczyła pogłębiającego się smutku i poczucia, że nic więcej już w życiu dobrego ją nie spotka, a wszystko jest już poza nią.

– Mimo że mieliśmy z mężem bardzo dobry start materialny, własne mieszkanie, szansę na rozwój zawodowy – to mnie nie cieszyło – opowiada Joanna. – Nie czułam pokoju, ani radości, tylko lęk i beznadzieję.

 

Mąż po ślubie bardzo się zmienił, szczególnie po narodzinach dzieci. Zauroczenie żoną ustąpiło miejsca obojętności. Joanna czuła, że została ze wszystkim sama. Mąż przeniósł się do innego pokoju, aby mieć spokój, a jej towarzyszyła coraz dotkliwsza samotność.

 

Do tego doszły problemy zdrowotne. Zaczęło brakować siły. Bolał brak wsparcia ze strony męża. Joanna zaczęła odnosić wrażenie, że jej małżeństwo jest bardziej „układem” podjętym ze względu na ciążę, a nie byciem razem. Zrozumiała, że gdy mąż deklarował niechęć do małżeństwa, mówił szczerze. Szybko stało się jasne, że spotkania rodzinne, wspólne wyjazdy, a nawet wspólne posiłki czy picie kawy – nie interesują go. W końcu zdradził żonę.

– To był dla mnie bardzo trudny czas. Urodziło się drugie dziecko, a męża w domu było coraz mniej. Nagle pojawiły się dziwne telefonu od jakiejś kobiety. Zaczęłam to natarczywie drążyć i dowiedziałam się, że jestem zdradzana.

 

Joanna stanęła na rozdrożu. Nie wiedziała, co robić. Jak wybrnąć z tej sytuacji. Koleżanka doradzała, by rzuciła „tego wstrętnego dziada, który ją tak skrzywdził”. W rozpaczy, którą przeżywała, przypomniała sobie czas przygotowań do I Komunii Świętej, gdy katechetka pytała dziewczynki, czy chcą, aby Matka Boża się nimi opiekowała. Zachęcała, by odmawiać dziesiątkę różańca. Asia skorzystała z tej zachęty sprzed wielu lat. Niedługo później przez znajomą osobę została skierowana do psychologa chrześcijańskiego. Na terapii odkryła, że w głębi serca wcale nie chce porzucić męża. Psycholog poradził, by zawierzyła małżeństwo Maryi. Ktoś skierował ją na rozmowę do śp. o. Józefa Kozłowskiego SJ, a ten zaprosił ją do przeżycia Seminarium.

 

– Choć trudno mi było sobie wyobrazić, jak je przeżyć z małym dzieckiem w domu, okazało się, że synek zasypiał w ciągu dnia na tyle długo, że mogłam spokojnie poświęcić czas na czytanie i modlitwę. Bóg przyszedł z ogromną łaską i dotknął głęboko mojego serca. Już wcześniej psycholog doradzał mi, bym przebaczyła mężowi, ale to było po ludzku trudne. Zgodnie z rozsądkiem mówiłam „tak”, ale później powracały wspomnienia. I złorzeczenie mężowi – wyznaje Joanna.

 

W czasie jednej z sesji seminaryjnych, podczas modlitwy wstawienniczej, o. Józef wypowiedział słowa poznania: „Jezus przychodzi do kobiety, która bardzo stara się wybaczyć mężowi, ale sama nie może tego uczynić, a On ją dotyka i to przebaczenie się dokonuje”. Wyszła z kościoła zupełnie odmieniona.

– Mogłam podjąć modlitwę za męża i kobietę, z którą mnie zdradzał, a nawet zrozumieć jej sytuację życiową i motywy postępowania. Zaczęłam pragnąć bliższej relacji z Bogiem i pojednania z mężem – opowiada.

 

Pojechała do Medjugorie. Tam doświadczyła spotkania z Maryją, która powiedziała w jej sercu: „Rodzina jest święta”. Te słowa ją umocniły i pokazały, że jest na dobrej drodze, by ratować małżeństwo, a mimo zdrady męża może dalej realizować swoje powołanie. Na tyle, na ile mąż jej pozwala.

– Moje serce z twardego i zamkniętego, stało się czułe i otwarte. Przestało mnie męczyć bezskuteczne zapraszanie męża do wspólnego obiadu lub wyjazdu na wakacje. Pan Bóg kształtował otwartość, a nie zatwardziałość i postawę „oko za oko, ząb za ząb”. Zaczęłam pragnąć dobra dla wszystkich w rodzinie, a do tej rodziny należy także mój mąż – twierdzi Joanna.

 

Mąż się nie zmienił. Jest zamknięty w sobie, stroni od życia małżeńskiego i rodzinnego. Nie zdecydował się jednak na inny związek, mieszka z rodziną. Uczestniczy w wychowaniu synów, a ci mają ojca. Joanna stara się, na tyle na ile może, być jego żoną. Bóg ją w tym umacnia. Daje pragnienie życia przykazaniami. Często modli się przysięgą małżeńską i stara się z być wierna wypowiadanym słowom, także poprzez dbanie o przejrzystość w relacjach z mężczyznami i troszczenie się o to, by nie były one zbyt bliskie. W sytuacji, w jakiej żyje, jest mocno narażona na pokusy, szczególnie że wzbudza zainteresowanie wśród mężczyzn. Bóg zachęca ją jednak do czujności i radykalizmu.

 

– Kiedy jakiś mężczyzna mówi mi, że ładnie wyglądam, odpowiadam: „Mój mąż też tak myśli”. Staram się ucinać krótko takie „podchody”. Pan Bóg mnie do tego zachęca i daje łaskę wytrwałości. Staram się być określona jako żona mojego męża mimo naszej niejasnej sytuacji. Oczywiście to nie wyklucza całkowicie relacji damsko-męskich, ale zakłada trzymanie ich „w ryzach” i sprowadzanie na właściwy tor. Bóg zachęca, aby takie sytuacje stawiać w świetle i nazywać je po imieniu.

 

Był czas, że starała się dociec, czy jej małżeństwo zostało ważnie zawarte, rozmawiała też o tym w kurii biskupiej. I choć przyglądając się sprawie wnikliwiej, można takie podstawy wskazać, to nie zdecydowała się na podjęcie kroków, by stwierdzić nieważność małżeństwa. Dlaczego?

– To rozbiłoby rodzinę i odebrało ojca dzieciom. Odczuwam pokój w sercu, odkrywając, że bycie razem to rozwiązanie optymalne – tłumaczy Joanna.
Czy jest nieszczęśliwa z tego powodu? Wbrew pozorom jest bardzo szczęśliwą kobietą, bo Bóg wypełnia jej serce, daje radość, spełnienie, siły do życia. Niektórych zadziwia, że Joanna kwitnie, mimo trudnej relacji z mężem.

 

– Odczuwam także ból, że marnuje się tyle dobra w naszym życiu, gdyż żyjąc w jedności, moglibyśmy doświadczać o wiele więcej błogosławieństwa. Jednocześnie widzę, jak Bóg scala moje małżeństwo, pozwala współczuć mężowi, obdarzać go ciepłem. Daje także otwartość seksualną, która zazwyczaj dla kobiety bez bliskiej więzi z mężczyzną nie jest łatwa. Oczywiście stawiam też granice, staram się jednak nie kierować negatywnymi emocjami, ale pytać Boga o to, jak mam postępować – podsumowuje Joanna. – Nie szukam szczęścia poza Bogiem, bo Go tam nie ma – dodaje na koniec.

 

(Artykuł zamieszczono 2011-10-06)

 

 

Szum z Nieba nr 107/2011

 

Polecamy lekturę książki Patti Mansfield "Świętość w zasięgu ręki".

Więcej - kliknij tutaj.

Ostatnio zmieniany piątek, 27 wrzesień 2019 12:38
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Artykuły powiązane