Wydrukuj tę stronę

(Nie)Słone paluszki (Gdańsk-Sobieszewo)

Jesteśmy wspólnotą modlitewno-ewangelizacyjną „Siloe”. Istniejemy już (lub dopiero) od 14 lat. Jak na wspólnotę, jest to wiek średni, nic więc dziwnego, że ostatnio dopadł nas… kryzys wieku średniego. „Doświadczenie pustki, powątpiewanie w dokonane wybory, obawa o przyszłość” – tak piszą o tym psychologowie. Przetłumaczone na nasz wspólnotowy język, brzmiało to tak: coraz bardziej pusto na spotkaniach i w sercu, zewsząd dochodzące głosy: „Zmienić lidera! Zmienić animatorów! Zmienić formację! Zmienić parafię! Zmienić wspólnotę!” – bo to już chyba nie ma sensu i dalej może być już tylko gorzej.

 

„Wy jesteście solą ziemi”

Te słowa są dobrze znane naszej wspólnocie. Od jakiegoś czasu jednak bardziej skupialiśmy się na zdaniu następującym po nich, z przestrachem patrząc na kolejne: „Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.” (Mt 5,13-14). Dlaczego? Bo tak się czuliśmy – jak zwietrzała sól. Jedyne, co w nas było słone, to łzy płynące czasem ukradkiem podczas adoracji. No i słone paluszki na spotkaniach, ale i one jakoś przestały smakować. A tu Jezus mówi, że mamy być solą ziemi  i światłem świata. Jak więc odzyskać to, co utracone?

Całe szczęście, że na kartach Ewangelii można przeczytać o niejednym, który zwietrzał, ale na nowo odzyskał swój smak, czyli odnalazł powołanie. Jedynym lekarstwem i lekarzem na ten stan – wtedy i teraz – był Jezus. I podobnie jak wtedy, tak i teraz usłyszał wołanie naszej wspólnoty: „Panie, toniemy!”, więc wyszedł nam naprzeciw. A że lubi się posługiwać ludźmi, wysłał do nas ekipę ratunkową w łodzi (lub, jak kto woli: z Łodzi) – Mocnych w Duchu w kamizelkach „S.O.S. dla wspólnot”.

Z nadzieją, że może uda się Jezusowi z pustych zrobić z nas pełne solniczki – udaliśmy się na weekendowe rekolekcje do Sobieszewa. Ośrodek położony na trzeciej pod względem wielkości polskiej wyspie na Morzu Bałtyckim już z racji swego usytuowania wzbudzał w nas pozytywne emocje. No i zaczęło się...

 

Piątek, wieczór pierwszy. Misja ratownicza rozpoczęta

Ratownicy z Łodzi (lub, jak kto woli: z łodzi) rzucili nam bardzo widoczne koło ratunkowe z napisem „Święty Piotr”. Jedną z pierwszych refleksji zaproponowanych w  ten weekend było powołanie Piotra w kontekście mojego osobistego powołania. Przypomnieliśmy sobie, że ten wielki Apostoł – ten, któremu Jezus wręczył klucze do Kościoła i którego nazwał opoką, skałą – musiał być powoływany przez Niego kilka razy! Piotrowi nie wystarczyło spotkanie nad jeziorem Genezaret i Jezusowe wezwanie: „Pójdź za Mną!”. Także on zwietrzał po drodze i nie raz utracił swój smak. Ale ciągłe go odzyskiwał i, co więcej, za każdym razem stawał się silniejszy i „bardziej słony”.

Było to dla nas ważne odkrycie – to, co się dzieje z naszą wspólnotą, już kiedyś się wydarzyło! I nie było to powodem tragedii, ale zakończyło się zwycięstwem w Jezusie. W ten piątkowy wieczór każdy z nas mógł porównać swoje powołanie do życia św. Piotra i zobaczyć siebie na jego tle. Gdzie jestem? Czy jeszcze nad jeziorem Genezaret, gdzie przyglądam się Jezusowi, czy może już kroczę za Nim?

Część z nas uznała, że przyczyną utraty pierwotnego chrześcijańskiego zapału było poznanie smaku goryczy, uznanie, że chodzenie po wodzie nie zawsze się udaje. Niektórzy usłyszeli gorzkie słowa: „Precz mi z oczu, szatanie!” – bo kombinowali po swojemu, mając własny plan zbawienia ludzkości. Niełatwo jest zmierzyć się z prawdą, ale by pójść dalej – musieliśmy określić swój punkt startowy. A mieliśmy na to całą noc.

 

I nastał dzień drugi. Kontynuacja akcji ratunkowej

Ratownicy ciągle ubrani w kamizelki ratunkowe „S.O.S. dla wspólnot” – choć wyciągnęli już nas nieco nad powierzchnię – nadal pracowicie przywracali nam funkcje życiowe. Przyszedł czas, aby zadać sobie pytanie: czy na pewno podążam za obłokiem (por. Lb 9, 15-20) – czyli za Duchem Świętym? Odpowiedź przyszła na medytacji. Dzieliliśmy się potem naszym doświadczeniem trudów wspólnotowej „wędrówki”, przyznając się do swoich bolączek, oczekiwań, niespełnionych nadziei. Wielu z nas zwierzało się ze swego zmęczenia i zniechęcenia w kroczeniu za Jezusem we wspólnocie. Ratownicy pilnowali nas tylko, abyśmy przez cały czas byli skupieni na Duchu Świętym. Tak doprowadzili nas do modlitwy wstawienniczej, choć dla niektórych z nas była to właściwie… reanimacja.

Po południu świat i my w nim wyglądaliśmy już nieco inaczej. To jakby ktoś zdjął z nas ewangeliczny korzec (dla niewtajemniczonych: naczynie do przechowywania zboża). Misja ratunkowa wkraczała w fazę drugą: „Uratowany po to, by ratować innych”. Innymi słowy: posolony, by nadawać smak wszystkiemu wokół.
Zaprawieni w boju ratownicy z Łodzi (lub, jak kto woli: z łodzi) rozpoczęli szkolenie. Nawet się nie spostrzegliśmy, jak okazało się, że już od dawna każdy z nas ma przy sobie nie tylko pakiet ratunkowy na własne potrzeby, ale i dla innych. To dary i charyzmaty! Czasem sami ich nie widzieliśmy, bo zapomniane przez nas i trzymane w tylnej kieszeni – mogły być widoczne tylko dla innych. Przyszedł więc czas, aby nasi bracia i siostry ze wspólnoty pomogli je nam odkryć na nowo. O, jakie to były zdziwienia! Sami nie wiedzieliśmy, co mamy… Tu cenna uwaga dla zwietrzałych: sprawdź swoje tylne kieszenie!

Na okoliczność tych rekolekcji – konfrontując się z naszymi ratownikami (Mocni w Duchu) – przyjęliśmy nazwę: Słabi w Ciele. Nazwa ta stała się bodźcem do poszukania wzmocnienia – bynajmniej nie jedzeniem, lecz radością. Po całym dniu, jako rekonwalescenci, musieliśmy się wzmocnić porcją humoru i dobrej, wspólnej zabawy.



I tak upłynął wieczór i noc druga. A w niedzielny poranek…

każdy z nas usłyszał na nowo, do czego Jezus go powołuje. W zasadzie był to jeden wielki nakaz: EWANGELIZACJA. Ale dla każdego nieco inna i rozumiana inaczej. W skrócie można to ująć słowami powstałej poprzedniego wieczoru piosenki:

 

Mocni w Duchu, Słabi w Ciele,

Jedna misja, zadań wiele.

Jezus wszystkich łączy nas,

Daj mu chęci – On ci czas.

 

Nie wiadomo, czy to morska bryza, czy ukryte talenty ratowników z Łodzi (lub, jak kto woli: z łodzi) – dość, że poczuliśmy się POSOLENI. Niedziela była słoneczna, więc trudno nam mówić, czy świeciliśmy już jak światło na świeczniku. Ale że korce zostały zdjęte – to pewne.

 

Dziś mijają dwa tygodnie od naszych rekolekcji, więc trudno jeszcze mówić o konkretnych owocach. Co prawda, w dobie chemicznego przyspieszania dojrzewania plonów powinniśmy być już gotowi do spożycia, ale my wolimy Jezusowe uprawy. A te, jak wiadomo, dojrzewają powoli. Zawiązki już widać: w sercu mamy zapał i czujemy się posłani. No i nie potrzebujemy już słonych paluszków na ożywienie spotkań wspólnoty…

 

 

Jeśli także Twoja wspólnota potrzebuje pomocy lub spojrzenia z zewnątrz – przyjedziemy i do Was!

Kontakt: „S.O.S. dla wspólnot”, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript., tel. 601 88 66 41.

 

 

Szum z Nieba nr 104/2011

 

 

Polecamy książkę "Jezus jest Mesjaszem".

Więcej - kliknij tutaj.

 

 

Dział: Dla wspólnot
Ostatnio zmieniany środa, 28 sierpień 2019 10:03
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Hanna Szalińska

Ewangelizator, lider wspólnoty Szkoły Nowej Ewangelizacji, autorka książek.

Najnowsze od Hanna Szalińska